Opublikowano

Transakcja (osoby towarzyszące kupującym)

Nie samą pracą człowiek żyje. Czasem warto się rozerwać.

Poczytajcie sobie historię jednej transakcji. Lata płyną, a obyczaje i ludzkie zachowania zmianom nie ulegają.

To stary tekst pochodzący z carskiej jeszcze Rosji. Autorem jest Arkadiusz Awerczenko. Pisownia jak zawsze oryginalna.

 

TRANZAKCJA

 

Antykwariat
Antykwariat

Z pewnym warsztatem tokarskim zdarzyło się to, co zdarza się z okrętem, który wiele lat przebywa na wodach: spuszczają na morze okręt czyściutki, nowiutki z dnem świeżo – pomalowanem trwałą farbą, a patrzajcie — czem staje się to dno po upływie roku czy dwuch?…
Tyle przylgnęło rozmaitych wodorostów, iłu, ślimaków i pająków, że człek się zdumiewa: dlaczego to plugastwo ciężarem swym nie pociągnęło okrętu na dno?!
Warsztat, o którym opowiadam, przebywał w morzu ludzkiem zaledwie parę dni, a stało się z nim to samo, co staje się z dnem okrętu po wieloletnich podróżach.

* * *

Siedziałem u przyjaciela, — człowieka bardzo przedsiębiorczego i rzutkiego. Gdy wyczerpał się temat o Dumie, spytał mnie nagle:

—    Czyś widział kiedykolwiek, jak się kupuje warsztat tokarski?
—    Nietylko nie widziałem tego, lecz — o ile sobie przypominam — nawet warsztatu takiego nigdy nie widziałem? Dlaczego pytasz o to?
—    Muszę dziś kupić jeden warsztat.
—    Chryste Panie! A nacóż ci on?
—    Ja go nie potrzebuję. Zaraz sprzedam. Można zarobić na tym interesie półtora tysiąca,
—    A rozumiesz się na tem?
—    Po co? Warsztat, jak każdy inny. Zaraz przyjdzie do mnie człowiek, który ma taki warsztat… Dzwonią. Napewno on.

Wszedł człowiek całkiem z wyglądu zahukany. Szare ubranko leżało ma nim bardzo kiepsko i sposób zachowania się przypominał niespokojne zachowanie człowieka, który wszedł do klatki z lwami. Za tym zahukanym człeczyną szedł drugi, bardzo dumny, raz na zawsze zdumiony swemi sukcesami w towarzystwie.
Zahukany przywitał się i, wskazując na rozkoszującego się sobą, powiedział:   

—    Uważacie, warsztat mam, właściwie, nie ja, lecz on. To jest Michał Borysowicz. Michał Boryso-wicz wynalazł warsztat, a ja wynalazłem Michała Borysowicza.
—    A na czem polega wasza rola? — zauważył bardzo oschle mój przyjaciel.
—    Jaka rola?! Razem pracujemy. Jeśli nie dacie mi dziesięciu procent, to on nie pokaże wam nawet warsztatu.

Po długiej rozmowie o procentach, która zakończyła się szczęśliwie podpisaniem jakiegoś papierka, zapytał mój przyjaciel:

—    A gdzież jest ten warsztat?
—Gdzie? To sekret.
—    Przecież dałem wam już swój podpis — co znaczy ten sekret?
—    A więc, powiem wam po-prostu:    nie wiem, gdzie jest ten warsztat,
—    Jak to nie wiecie? Zgubiliście go czy co?!
—    Wprost przeciwnie — wynalazłem go. Nie wiem tylko, gdzie stoi.
—    A któż, do kroćset, wie o tem?!
—    Frejgis wie.
—    Jaki Frejgis?…
—    Włóżcie palto, wyjdziemy na ulicę. Czeka na nas na ulicy.
—    A więc to nie jest wasz warsztat, tylko jego?…
—    Co za różnica? My go przecież sprzeda-dajemy.
—    A więc dlaczego nie przyprowadziliście go tutaj.
—    Co wy gadacie! Jak mogliśmy pokazać was przed otrzymaniem waszego podpisu? Przecież mogliście się z nim dogadać bez nas.
—    A teraz można mnie już pokazać?
—    Można.

–   A wy sami widzieliście już ten warsztat?
—    Po co go oglądać? Czy to jest przedstawienie w teatrze, czy co? Jakie to może być widowisko? Powiedzieliście mi, że potrzeba wam warsztatu — dobrze. Powiadam do Michała Borysowicza: on potrzebuje warsztatu. Ten zaś mówi: dobrze — znam człowieka, który ma taki warsztat.
—    Czy to Frejgis?
—    Może Frejgis, a może i nie Frejgis. Lecz Frejgis wie: i gdzie się ten warsztat znajduje, i ile kosztuje.
—    Zgoda. Pokażcie więc nam tego słynnego Frejgisa.
—    A tamten pan?-— spytał Michał Borysewicz; wskazując na mnie. — Czy on z wami pracuje?
—    Nie, gdzieżby — roześmiał się mój przyjaciel. — Poprostu ciekaw jest jak się kupuje warsztaty…

Po tem wyjaśnieniu zainteresowanie spójników w stosunku do mnie odrazu zniknęło i zaczęli patrzeć na mnie, jak na niewidoczne dla oka szkło.

* **

Na ulicy podszedł do nas maleńki, otyły, czarny jegomość i, spoglądając łapczywie na mego przyjaciela, spytał spólników:

—    No, i co? Gdzie on jest?
—    To ten…
—    To pan chciałby mieć warsztat tokarski?
—    Ja.
—    Będzie go pan miał. Kosztuje 5.400.
—   Jakto? A oni mówili: 5.000.
—    A ja to co? Pies? Powinienem zarobić swoje 400 rubli czy nie?
—    No, dobrze. A gdzież jest ten warsztat?
—    Zawiozę was do tego akurat miejsca, gdzie stoi ten warsztat. Do takiego gniazda z warsztatami. Lecz wstąpimy przedtem do tego sklepiku — wypisze mi pan zobowiązanie na 400 rubli.
—    A czy warsztat jest wasz?!!
—    Mój czy nie mój — lepszy przez to nie będzie. Zaprowadzę was do samego właściciela warsztatu.

Wyznam: tak mnie zaciekawiła skomplikowana procedura „kupna warsztatu tokarskiego”, że przyczepiłem się do przyjaciela.
Frejgis z bardzo tajemniczą miną przyprowadził nas do wrót wielkiej kamiennej szopy, znajdującej się w podwórzu domu, którego okna wychodziły na wąziutką uliczkę. Nie otwierając drzwi szopy, tajemniczy Frejgis powiedział:

—    Zaraz zawołam właścicieli tego warsztatu. To są już prawdziwi właściciele.

Pobiegł gdzieś wgłąb podwórza, stuknął w jakieś poplamione drzwi i, wyprowadziwszy stamtąd dwuch ludzi, powiedział:

—    To oni.

Jeden był wysoki, drugi mały, jeden rudy, drugi blondyn, jeden tylko rys wspólny mieli obaj właściciele warsztatu: obaj zachowywali się bardzo skrycie i tajemniczo.

—    Chcecie obejrzeć nasz warsztat? Chodźcie popatrzeć.

Weszliśmy do szopy. W jednym kącie stał słynny warsztat, w drugim siedział na skrzynce posępny łotysz w baranim półkożuszku i palił w skupieniu fajkę.
Nie zwracając na niego uwagi, właściciele warsztatu przyprowadzili mego przyjaciela do warsztatu i wywiązała się między nimi długa, Gorąca rozmowa.
Nudziłem się: ani rozmowa, ani warsztat, ani siedzący w kącie łotysz nie przedstawiali dla mnie nic ciekawego.

—  Ten jegomość — to pański wspólnik? — spytali wreszcie właściciele warsztatu.
—    Nie, przyszedł tutaj z łaski na uciechę.
—    A więc proszę do naszego biura, a on niech tu sobie zaczeka.
— Wybacz, zaraz będę gotów — rzucił mi przyjaciel, udając się wraz z całą procesją spólników i pośredników wgłąb podwórza w kierunku poplamionych drzwi.

Pozostałem sam z milczącym łotyszem i równie zastygłym milczącym warsztatem.
—    Hm, hm! — chrząknąłem. — Zimno.
—    Tak, zimno, — odpowiedział posępnie.
—    Jesteście tu robotnikiem?
—    Nie, jestem przyjezdnym.
—    To jest warsztat tokarski?
—Warsztat.
—    Ile kosztuje?
—    Trzy tysiące dwieście.
—    Jakto — trzy tysiące dwieście?! A ci dwaj właściciele żądali za niego pięć tysięcy czterysta!
—    Nie wiem.
—    A więc wy poprostu nie wiecie, ile kosztuje warsztat.
—    Wiem. Trzy tysiące dwieście.
—    Pozwólcie: czyj to warsztat? Tego wysokiego czy tego niziutkiego?
—    To jest mój warsztat,
—    Wasz?!!
—    Mój. Sprzedaję go za 3200. Przywiozłem go z Jurjewa.
—    A któż są ci ludzie?
—    Nie wiem. Sprzedaję za trzy tysiące dwieście.
—    Możecie mi sprzedać?
—    Tak. Za trzy tysiące dwieście.
Uśmiechnąłem się, wyjąłem z kieszeni pięćset
rubli i powiedziałem.
—    Tu jest zadatek. Warsztat należy do mnie.
I, dusząc się ze śmiechu, poszedłem do „biura”.
Był to maleńki, zupełnie pusty pokoik, jeśli nie brać w rachubę krzywego stołu i pół tuzina pustych skrzyń.
Cała szóstka — kupiec, pośrednik i sprzedawcy— siedzieli na tych skrzyniach i tak wrzeszczeli, że nie zauważyli nawet mego przyjścia.
—    Przecież tłumaczyłem, że nas samych kosztuje 4800… Musimy przecież trochę zarobić?!
—    Nie, — ryczał mój przyjaciel. — Nie, nie i jeszcze raz nie! Nie dam więcej, niż cztery i pół.
—    Zgoda! — powiedziałem, klepiąc go po ramieniu. — Warsztat jest twój.

* * *

Był to dzień, w którym bez żadnej fatygi zarobiłem 1300 rubli jedynie dlatego, że samotnego, niepotrzebnego pozostawiono mnie w zimnej szopie.
Był to dzień, w którym zburzyłem całe przedsiębiorstwo handlowe dwuch znakomitych spólników, bo — jak się później dowiedziałem — całe ich biuro powstało z racji tego warsztatu i dla tego warsztatu.
Był to dzień, w którym zrujnowałem trzech najbardziej rzutkich i zdolnych pośredników…
I wreszcie — był to dzień, w którym ujrzałem najsmutniejszą na świecie procesję: na przedzie spól-nicy z plikiem wziętych z „biura” handlowych papierów (stołem i pustemi skrzyniami wynagrodzono dozorcę za usługi); za spólnikami kroczył ponuro zrujnowany ostatecznie Frejgis, a za nim całkiem przybity wlókł się Michał Borysewicz pod rękę ze swym przyjacielem.

* * *

Zeskrobałem wszystkie brudy, które przylgnęły do dna okrętu, i okręt — warsztat, spokojnie i pewnie popłynął teraz do cichej przystani…

 

O Dobrych umowach o pośrednictwo w obrocie nieruchomosciami